Bliskość i współpraca

Na temat klapsów, bicia i kar cielesnych napisano już tyle, że miałam wątpliwości, czy jest potrzeba, żebym pisała o tym jeszcze raz. W końcu, kto jest przekonany, to go przekonywać nie trzeba, a kto się nie zgadza, ten jest pewien swoich racji. Ale pomyślałam, że można na ten temat spojrzeć szerzej. Mogę napisać nie tylko o klapsach i biciu, ale też szerzej – o łagodnym
i wspierającym rodzicielstwie.

To nie będzie jakaś systematyczna rozprawa. Bardziej moje myśli wokół kilku tematów wiązanych z wychowaniem, relacjami z dziećmi i tym, co powszechnie uważa się za dobre rodzicielstwo.

1. Trzeba wychowywać dzieci tak, żeby były posłuszne rodzicom.

To bardzo silnie zakorzeniony pogląd. Ustawiający dziecko w roli podległego przedmiotu
i wykonawcy, a rodzica w roli właściciela i pana. Egzekwowanie posłuszeństwa jest bardzo silną pokusą i źródłem większości zachowań, które krzywdzą dzieci. Pragnienie uzyskania posłuszeństwa jest też w dorosłym życiu przyczyną większości sytuacji, w których jeden człowiek stosuje wobec drugiego przemoc, komunikując „masz zrobić tak, jak ja chcę, bo jak nie, to cię do tego zmuszę”.

Jaki jest cel wychowania, którego podstawowym wyznacznikiem jest posłuszeństwo? Czy to, żeby dziecko się słuchało? Takie odnoszę wrażenie. Całkiem niedawno żyliśmy w czasach,
w których dziecko należało do rodzica/opiekuna na takich samych zasadach jak przedmiot. Całkiem niedawno też na takich samych zasadach kobiety należały do mężczyzn.

W błędzie byłaby jednak osoba, która sądziłaby, że taki sposób myślenia to przeszłość. Wiele osób jest przekonanych, że dziecko jest winne rodzicowi posłuszeństwo i cześć i to nie tylko dopóki nie dorośnie, ale do śmierci.

Nadal bardzo silne jest przekonanie, że dobre/grzeczne dziecko robi zawsze to, co jego rodzice od niego oczekują. Że dobry/skuteczny rodzic – taki, który sobie „radzi” z dziećmi – to ten, który zawsze uzyskuje to, czego chce.

W dalszym ciągu świadomość tego, że dziecko od początku swojego życia jest istotą ludzką, która ma swoją podmiotowość jest, powiedziałabym, bardzo mętna. Dziecko ma wprawdzie prawo do życia, ale życie to na zasadzie własności należy do jego opiekunów.

Jeśli ktoś się oburzy i powie, że nie wymaga od dziecka całkowitego posłuszeństwa, pozwala mieć dziecku własne zdanie itp., to ja zapytam jeszcze: a kto decyduje, w jakiej sprawie dorosły pozwala dziecku mieć własne zdanie, a w jakiej nie? Czy nie ten dorosły, który wybiera starannie, które sprawy są istotne z jego punktu widzenia?

A co z dzieckiem, które chce zrobić inaczej, niż dorosły sobie życzy? Buntuje się. Prowokuje. Testuje. Po prostu jest złe. Albo głupie.

Myślenie o posłuszeństwie to myślenie o hierarchii, o relacji, w której jedna strona ma więcej praw od drugiej, jedna ma prawo zaspokajać swoje potrzeby, a druga ma zaspokajać potrzeby tej pierwszej – silniejszej. W której obowiązuje zasada z pola bitwy: jeśli ty wygrasz, to automatycznie oznacza, że ja przegrałem.

„Nieposłuszeństwo nie jest problemem, jeśli posłuszeństwo nie jest celem”.

Jeśli wyjdę poza myślenie słucha się/nie słucha, dopiero wtedy mam szansę naprawdę wspierać moje dziecko w rozwoju. Zobaczyć, że nie zawsze się ze sobą zgadzamy i to jest w porządku.
I że możemy wtedy szukać razem porozumienia.

2. Dobry rodzic nie popełnia błędów.

Ktoś mądrze napisał, że dobry rodzic to nie jest ten, który zawsze robi dobrze, tylko ten, który ma refleksję nad tym, co robi. Potrafi spojrzeć na sytuację z punktu widzenia dziecka
i zobaczyć, jak ono się czuje z tym, co się z nim robi i jakie to przynosi skutki (dalsze niż uzyskanie tego, czego się od dziecka chciało).

Gdyby oceniać rodziców po intencjach, to wszyscy chcą być dobrymi rodzicami. Nie spotkałam jeszcze osoby, która chciała zrobić swojemu dziecku krzywdę, która nie chciała się o nie troszczyć, a naprawdę pracowałam w wielu miejscach, od domów dziecka po ośrodek dla ofiar przemocy.

Problem polega na tym, że każdy dobro dziecka rozumie trochę inaczej i rzadko jeszcze widzi się, że to dziecko jest tą osobą, która może nam pokazać, czy służy mu to, jak jest wychowywane. Kiedy dziecko jest zadowolone i szczęśliwe, to jest informacja zwrotna dla rodzica, ale kiedy płacze i boi się, albo się złości, również rodzic dowiaduje się o dziecku ważnych rzeczy, jeśli tylko jest zainteresowany.

Słuchając dzieci można usłyszeć, że każde małe dziecko uważa, że klaps to bicie. A także to,
że kara i bicie sprawiają przykrość, ale jeszcze większą przykrość sprawia dziecku fakt,
że rodzic traktuje je jak wroga, choć każde dziecko pragnie ze swoimi rodzicami mieć dobre relacje, nawet jeśli się bardzo pogubiło (najczęściej wskutek postępowania rodziców).

Wszyscy chcą być dobrymi rodzicami, dlatego przyznawanie się do błędów jest takie trudne, choć jest niezbędnym warunkiem dobrego rodzicielstwa. Próbujemy chronić własny wizerunek
i próbujemy chronić dobry wizerunek własnych rodziców, bo troszczyli się, kochali, a jeśli robili coś, co sprawiało nam ból, to widocznie nie było innego wyjścia.

Z powyższych powodów uważam też, że często więcej pożytku przynosi uczenie rodziców, jak mogą się zachować w konkretnych sytuacjach oraz jak można rozumieć zachowanie dziecka (inaczej niż jako bunt), niż krytykowanie określonych praktyk wychowawczych.

3. Kara to nie zemsta, dlatego nie powinna być wymierzana w emocjach, tylko na spokojnie.

Niestety to nieprawda. Kara to zawsze zemsta. W tej chwili wiadomo już tyle o pracy mózgu,
że można z całą pewnością powiedzieć, że każde ludzkie zachowanie jest powodowane jakimiś emocjami. Czy jest to złość na dziecko, bezradność, strach – co będzie, jak nie zareagujemy,
a może satysfakcja z dobrze wykonanego zadania – emocje są zawsze obecne, choć mogą nie być uświadomione. Badania pokazują, że osoba wymierzająca karę równocześnie pobudza swój układ nagrody znajdujący się w mózgu, można więc pewnie mówić o uzależnieniu od karania.

W dodatku karanie dziecka w emocjach, uderzenie go itp. jest dla dziecka psychologicznie łatwiejsze do przyjęcia niż karanie, bicie na zimno albo z powodu źle pojętej miłości. Zaznaczam tu wyraźnie, że nie oznacza to, iż uderzenie dziecka w jakiejkolwiek sytuacji jest w porządku,
że można to robić.

Dziecko uderzone, ukarane ze złości dowiaduje się, jakie emocje wywołało jego zachowanie i że rodzic sobie z tymi emocjami nie poradził. Widzi, że również dorośli mają swoje granice i uczucia. Ma okazję doświadczyć tego, że rodzic przeprasza, przyznaje się do błędu i stara się naprawić naruszoną relację.

Dziecko uderzone z miłości jest zagubione. Odbiera uczucia: złość, strach rodzica,
bo dzieci są na to niezwykle wrażliwe, ale słyszy, że tego nie ma, a przeżywane przez rodzica uczucie to tylko miłość.
Uczy się w ten sposób, że w życiu ludzie, którzy się kochają, robią sobie z miłości krzywdę, sprawiają sobie ból. Ponieważ rodzic chroni swój wizerunek dobrego rodzica, który troszczy się o dziecko, dochodzi ono do wniosku, że to ono w tej relacji jest złe i że kara była zasłużona.

Jest to kolejna przyczyna, dla której wiele spośród dorosłych osób, które były bite, karane
w dzieciństwie stosuje takie same metody w stosunku do swoich dzieci, często nie uświadamiając sobie emocji, jakie się kryją za ich postępowaniem.

4. Świat jest zły, trzeba dziecko na to przygotować.

Czy przygotowujemy dziecko na to, że środowisko jest zanieczyszczone, stawiając je w pobliżu rury wydechowej? Czy okradamy dziecko po to, żeby lepiej poradziło sobie z tym, że ludzie czasem kradną? Do złego traktowania nie da się przyzwyczaić, nie da się uodpornić na stres będący efektem celowego działania ze strony drugiego, zwłaszcza bliskiego człowieka. Dzieci, które są twardo traktowane, nie stają się od tego silniejsze i bardziej zahartowane. Wręcz przeciwnie, uczą się, że nie zasługują na dobre traktowanie i na szacunek,
że nie mają do tego prawa.

Wśród ofiar przemocy w dorosłym życiu większość z nich doznała przemocy w dzieciństwie. Kiedy ktoś je źle traktuje, biorą to za objaw miłości i zainteresowania. Albo godzą się na krzywdzenie przekonane, że tak jest świat skonstruowany i inaczej się nie da.

Ja bym chciała, żeby moje dziecko znało swoją wartość i swoje prawa. Żeby potrafiło powiedzieć „nie” osobie, która będzie chciała go źle potraktować. Żeby wiedziało, że nawet
jeśli ktoś je skrzywdzi, ma punkt odniesienia – relację z rodzicami, która była bezpieczna
i bezwarunkowa.

5. Jak się dzieci nie karze, to się je wychowuje bezstresowo.

Mam złą wiadomość. Nie istnieje coś takiego jak bezstresowe wychowanie. To tylko gazetowe hasło, za którym nie kryje się żadna metoda wychowawcza. Najczęściej takiego określenia używa się, oceniając sposób, w jaki wychowują dzieci inni rodzice, często po pozorach. Czasem rodzic używa takiego określenia w odniesieniu do siebie (bardzo rzadko),
na przykład dlatego, że boi się emocji, swoich i dziecka. Takie wychowanie jest bardziej stresowe, niż się wydaje.

W odniesieniu do konieczności karcenia dzieci przywołuje się czasem przykłady dzieci,
które zachowują się tak okropnie, że „same się proszą o karę”. Jednak dzieci wychowywane
w poszanowaniu dla ich godności i w zaufaniu do ich mądrości rzadko się tak zachowują.
To właśnie te „krótko trzymane” są mistrzami buntów i opozycji, co u ich rodziców wywołuje strach o to, co by było, gdyby się tak nie starali.

6. Dziecko musi się nauczyć odróżniać dobro od zła.

Odróżnianie dobra od zła jest bardzo proste. Zwykła zasada „nie rób drugiemu co tobie niemiłe” w większości wypadków wystarczy. Dzieci też ją znają i to już od małego. Niestety od dorosłych dowiadują się, że robienie innym niemiłych rzeczy jest uzasadnione, o ile stoi za tym jakiś światły cel. Małe dzieci uważają, że nie wolno kłamać, a potem uczą się od dorosłych, że są sytuacje, kiedy wszyscy kłamią i uważają to za przejaw dobrego wychowania. Że można dziękować, kiedy nie jest się wdzięcznym, i przepraszać, gdy się nie żałuje.

Do mniej więcej 9 roku życia dzieci są przekonane, że nikogo nie można uderzyć, bo to sprawia ból. Kiedy są starsze uważają, że nikogo nie wolno bić z wyjątkiem… tak, oczywiście, dziecka, które się nie słucha. W ten sposób dobro i zło stają się kategoriami coraz bardziej mętnymi.

Jest jednak jeszcze jedna sprawa. Za uczeniem dzieci „odróżniania dobra od zła” stoi przekonanie o wyższości ludzkiej woli nad innymi elementami psychiki człowieka. Przekonanie niestety co najmniej nie do końca prawdziwe. Gdyby przyczyną wszelkiego zła miało być tylko nieodróżnianie dobra od zła, to tego zła z pewnością byłoby na świecie dużo mniej. Dużo częściej jest tak, że ludzie robią zło (krzywdę innym) ponieważ są przekonani, że jest to jedyny możliwy sposób realizacji ważnych dla nich potrzeb i wartości.

Podobnie jest z rodzicami, którzy „karcą” swoje dzieci. Oni też przecież nie robią tego dlatego, że lubią sprawiać im przykrość. Robią to w imię wyższego celu – przygotowania dzieci do dorosłego życia – bo są przekonani, że to jedyny, dostępny im, najskuteczniejszy sposób.

I podobnie jak nauka kompetencji wychowawczych jest równie ważna jak mówienie o tym,
że kary i bicie są ślepą uliczką, tak mówienie dziecku, że źle postępuje, nie wystarczy (albo wręcz nie odniesie żadnego skutku), jeśli dziecko nie potrafi zrobić tego, na czym nam zależy, albo nie chce tego zrobić, bo musiałoby zrezygnować z własnych potrzeb. Zdobywanie związanych z zaspokajaniem swoich potrzeb umiejętności jest dużo skuteczniejsze, jeśli chcemy, żeby dziecko było dobrym człowiekiem.

Tak samo jak głodny człowiek może ukraść jedzenie nawet wtedy, kiedy wie, że to złe, jeśli będzie przekonany, że to jedyny sposób, żeby się najeść. Kawałek chleba albo propozycja pracy będzie dużo skuteczniejsza niż kara.

Jako podsumowanie pasuje mi bardzo powiedzenie:
Kto chce, szuka sposobu, kto nie chce, szuka powodu.

Żeby zobaczyć, że można dzieci wychowywać z naciskiem na współpracę, a nie posłuszeństwo, rezygnując z klapsów, kar i manipulacji, trzeba najpierw podjąć decyzję, odważyć się. Wtedy tworzy się przestrzeń na to, żeby szukać z dzieckiem porozumienia, sensu jego zachowania, swoich motywacji i sposobów na wspólne życie w harmonii.

 

Agnieszka Stein
psycholog dziecięcy, współautorka strony o rodzicielstwie bliskości www.dzikiedzieci.pl,
autorka pierwszej polskiej książki o rodzicielstwie bliskości – Dziecko z bliska
www.agnieszkastein.pl

FacebookTwitterBlipGoogle+WykopTumblrPrintEmailPodziel się