O bachorach i klapsach rózgą, czyli literatura a poradniki

Bardzo częsty u dzieci jest objaw pytań seryjnych. Np. dziecko pyta się, co to jest na szybie. Odpowiadamy: „Mróz”. „A dlaczego mróz?”. Odpowiadamy: „Bo zima”. „A dlaczego zima? A co idzie po zimie?”. Przy zimie stosujemy pierwszy cios w szczękę. Zdarzają się oczywiście cierpliwsi rodzice, którzy biją w mordę dopiero przy jesieni lub nawet po jedenastym, a nawet dwunastym pytaniu. Pewna matka z Ohio uderzyła dziecko dopiero po trzydziestym piątym pytaniu, które brzmiało: „Dlaczego mamusia gryzie syfon?”. Był to, o ile wiadomo, rekord świata. Normalni rodzice walą w pysk przy trzecim lub czwartym pytaniu. Oczywistym błędem jest bicie już przy drugim pytaniu. Znałem ojca, którego synek spytał: „Jak się nazywa ta ulica?”. Ojciec odpowiedział „Chmielna”. Dziecko spytało: „A jak na imię?”. Ojciec zaczerwienił się, no i naturalnie bęc szczeniaka w mordę. Otóż bicie przy drugim lub trzecim pytaniu uważamy za szkodliwe. Po pierwsze, oducza dziecko w ogóle od zadawania pytań, po drugie, odbiera uderzeniom właściwe napięcie.

Pisali Tuwim i Słonimski w książce pt. W oparach absurdu… Czy ktokolwiek może odebrać te słowa serio i postępować wedle „porad” poetów? Nie, bo ich książka nie jest poradnikiem. Żaden, nawet najmniej świadomy czytelnik, nie traktuje W oparach absurdu jako poradnika
i nie oburza się nazywaniem dziecka „szczeniakiem”, a dziecięcej twarzy – „mordą”. Nie wszystkim musi podobać się ten rodzaj humoru, ale nikt nie ma wątpliwości co do literackiego,
a nie poradnikowego charakteru książki W oparach absurdu.

Podobnie jest z satyrycznym magazynem Bachor (którego tytuł i podtytuł – „bezradnik dla nieudacznych rodziców” – jednoznacznie określa jego charakter), skrytykowanym ostatnio przez panią Zawadzką i wiele jej fanek. SuperNiania zamieściła na swojej stronie na Facebooku link do jednego z artykułów opublikowanych w Bachorze i opatrzyła go komentarzem: „Miało być podobno dowcipnie… a nie dość, że głupie, to jeszcze wulgarne… Czy naprawdę kobiety mówią w taki sposób? Czy naprawdę są takie?”.

Pod postem zamieszczono ponad 250 komentarzy, z czego zdecydowana większość to pełne oburzenia głosy „dobrych matek” (fanek pani Zawadzkiej) krytykujących „złe matki” (redaktorki pisma).

Dlaczego piszę o tym na stronie kampanii „Kocham. Nie daję klapsów”? Bynajmniej nie w celu obrony Bachora (choć redaktorki pisma popierają i aktywnie wspierają naszą kampanię).
Piszę, bo „afera” wokół niego dotyka trzech bardzo ważnych kwestii związanych nie tylko
z zainicjowaną przeze mną akcją „Zdejmijmy instrukcje bicia dzieci z półek księgarni” (teraz pod hasłem „Książki nie do bicia”), ale również – z bagatelizowaniem klapsów i innych form przemocy wobec dzieci.

 

1. Stereotypy

W naszym kraju panuje stereotyp „matki idealnej”, która nie czuje zmęczenia, gniewu ani frustracji, która poświęca wszystko dla dobra dziecka, która nie popełnia błędów… A przecież macierzyństwo to nie sielanka. Każdy rodzic odczuwa czasem również negatywne emocje (niekiedy zresztą bardzo silne) i każdy musi znaleźć sposób na uporanie się z nimi. Tę kwestię podejmują autorki antologii Macierzyństwo bez lukru (która, notabene, również wywołuje kontrowersje), ale także… w jeszcze bardziej wymowny i dosadny sposób – magazyn Bachor.

Dla czytelników Bachora czytanie tekstów publikowanych w magazynie jest właśnie sposobem na nabranie dystansu i odreagowanie… A że niektóre artykuły w Bachorze zawierają słowa wulgarne? No cóż, Tuwim też pisał: „Całujcie mnie wszyscy w dupę”. Czy pani Zawadzka oburza się również twórczością naszego wielkiego poety? A może jemu „wolno” nazywać dzieci „szczeniakami”, a pośladki – „dupą”, bo mężczyźni mają do tego prawo?

A dlaczego kobiecie „nie wolno”? Bo taki jest stereotyp! Kobiecie nie wypada przeklinać, kobieta tego nie może, a tamto powinna, kobieta to, kobieta tamto… To właśnie dzięki stereotypom emancypacja kobiet była procesem trudnym i długotrwałym, a równouprawnienie płci wciąż jest tematem kontrowersyjnym.

Każdy stereotyp – dotyczący nie tylko kobiecości i macierzyństwa, ale m.in. też męskości
i ojcostwa – jest nie tylko krzywdzący, ale i niebezpieczny. Każdy utrudnia, opóźnia lub wręcz uniemożliwia wprowadzanie zmian świadomości społecznej. Obrońcy praw dzieci powinni zdawać sobie z tego sprawę, bo walka o uznanie człowieczeństwa dziecka jest niczym innym, jak tylko… walką ze stereotypem, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, że dzieci są własnością rodziców, że dzieci są głupie i dopiero będą „ludźmi”.

 

2. Eufemizmy i wulgaryzmy

Druga ważna sprawa – język. Sposób korzystania z bogactwa ojczystego języka jest zagadnieniem ważnym nie tylko ze względu na stereotypy (co „może” mówić mężczyzna,
a kobiecie „nie wypada”), ale przede wszystkim z racji wielkiego znaczenia samego języka. Świadome używanie wulgaryzmów w określonych sytuacjach jest znacznie mniej szkodliwe
i złe od nieświadomego używania niektórych eufemizmów, z „klapsem” na czele.

Zarówno redaktorki, jak i czytelnicy Bachora używają słów wulgarnych świadomie i celowo,
a nie w charakterze świadczącego o znikomym zasobie słów „przecinka”. Słowa wulgarne mogą bowiem służyć zarówno ekspresji artystycznej (w tekstach Bachora są więc takimi samymi słowami jak wszystkie pozostałe), jak i – odreagowaniu m.in. na zasadzie: lepiej w złości
i frustracji zakląć niż uderzyć dziecko.

No właśnie… Nieprzypadkowo Bachor popiera naszą kampanię i aktywnie ją wspiera (autorką hasła „Książki nie do bicia” jest Kasia Nowakowska, redaktorka Bachora, której zawdzięczamy również znalezienie grafika – twórcy logo akcji).

Redaktorki i czytelnicy Bachora, używając słów wulgarnych, celowo i świadomie przeciwstawiają swój język wiodącemu dyskursowi, w którym dominują zdrobnienia i eufemizmy. O ile jednak określanie płodu mianem „fasolki”, dziecka – „maluszkiem” czy „bobaskiem”, piersi – „cycusiem” etc. może być uznane co najwyżej za przejaw infantylizowania macierzyństwa, o tyle używanie eufemizmów na określenie przemocy wobec dzieci jest już zjawiskiem niebezpiecznym – sprzyjającym bagatelizowaniu klapsów i innych kar cielesnych, popieraniu ich i stosowaniu.

 

3. Poradniki a literatura

I wreszcie trzecia sprawa – różnica między poradnikami a literaturą piękną. Dotychczas wydawało mi się, że jest to sprawa oczywista dla wszystkich, ale dzięki pani Zawadzkiej
i jej fankom dowiedziałam się, że jestem w błędzie. SuperNiania pisze:

Dwa słowa wyjaśnienia „mojego oburzenia” w sprawie linku do „Bachora”.
Widziałam tam wiele fajnych i dowcipnych tekstów (na przykład co przynosimy
z przedszkola), ale są tam takie, które mogą komuś posłużyć za wzór do postępowania.
Powiecie, że to żarty, że trzeba mieć dystans? Ok. Trzeba, ale są ludzie, bezkrytyczni
i bezmyślni…
Oto przykład (nieco pobocznie do Bachora – ale pokazuje mechanizm)…

I tu link do materiału CNN na temat tragicznych skutków stosowania porad zawartych
w książkach Pearlów – śmierci kilkorga dzieci.

Zgadzam się, że są ludzie bezkrytyczni i bezmyślni, którzy po obejrzeniu w TV skaczącego
z wieżowca Supermana nabierają przekonania, że to czynność bezpieczna, i naśladują swego bohatera, przypłacając to własnym życiem. Tak, zdarzają się ludzie wybitnie wręcz ograniczeni intelektualnie, ale oni nie działają wedle jakiegoś „mechanizmu”, lecz powodowani są swoją własną głupotą.

„Mechanizm”, o jakim pisze pani Zawadzka, ma polegać na bezkrytycznym i dosłownym przyjmowaniu słowa pisanego. Nie ma on jednak zastosowania w przypadku literatury pięknej, bowiem nawet najbardziej nieświadomy czytelnik odróżnia poradnik od literatury. A jeśli ktoś postanowi wprowadzić w życie słowa autora dzieła literackiego, przypłacając to własnym życiem (jak w XVIII wieku naśladowcy Wertera popełniający samobójstwa wzorem tego bohatera literackiego), „winę” będzie ponosić nie autor, lecz głupota czytelnika. Literaturą można się „zainspirować”, ale nikt nie szuka w niej gotowych odpowiedzi na konkretne pytania, zwłaszcza dotyczące rodzicielstwa (gdyby tak było, wkładalibyśmy dzieci do pieca na kilka zdrowasiek).

Po poradniki natomiast sięgają osoby, które szukają konkretnych odpowiedzi na nurtujące
je pytania i pragną wprowadzić w życie czyjeś porady, bo same nie umieją poradzić sobie
z jakimś zagadnieniem. Po poradniki dla rodziców sięgają ci, którzy uważają, że nie radzą sobie z wychowywaniem dzieci, oraz ci, którzy chcą stać się jeszcze lepszymi rodzicami.
W przeciwieństwie do literatury pięknej książki o charakterze poradnikowym (a przynajmniej zdecydowana ich większość, do której należą „instrukcje bicia dzieci”) nie podlegają interpretacji – każde słowo należy traktować dosłownie.

O ile „bachory”, „szczeniaki” czy wulgaryzmy to środki stylistyczne, o tyle „klaps rózgą”,
„klaps drewnianą łyżką”, „pręgi po laniu”, „2 minuty płaczu po laniu” to nie metafory!

 

 

Anna Golus

5 marca 2012

FacebookTwitterBlipGoogle+WykopTumblrPrintEmailPodziel się