Klaps w sumienie

„Przedstawione w tym rozdziale uwagi na temat kar fizycznych wywołały w swoim czasie sprzeciw niektórych przedstawicieli pedagogiki i psychologii akademickiej. Niestety ani strona merytoryczna, ani forma tej krytyki nie dają możliwości, żeby na nią odpowiadać” – pisał Stanisław Sławiński w poradniku Wychowywać do posłuszeństwa (Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1994).

Dziś, po prawie dwudziestu latach od opublikowania książki Sławińskiego, sprzeciw wobec zalecanych przez niego metod podzielają nie „niektórzy”, lecz prawie wszyscy reprezentanci pedagogiki i psychologii, nie tylko akademickiej, a także coraz więcej przedstawicieli środowisk chrześcijańskich. Na uwagę zasługuje wystosowany w listopadzie 2011 roku, z okazji obchodów Światowego Dnia Modlitw i Zaangażowania na rzecz Dzieci i Młodzieży Świata, apel przełożonego generalnego salezjanów ks. Pascuala Cháveza, w którym wzywa on wszystkie wspólnoty salezjańskie do wzmocnienia zaangażowania na rzecz wychowania bez przemocy: „Dość przemocy wobec dzieci: na rzecz pozytywnego wychowania bez kar cielesnych i innych okrutnych i poniżających form karania”. Ksiądz Chávez dodaje: „Znaczenie tego tematu jest całkowicie zrozumiałe w świecie, który zdaje się być opleciony spiralą przemocy i ucisku, obejmując najsłabszych i bezbronnych”.

Niestety w Polsce znaczenie tego tematu nie jest całkowicie zrozumiałe, a kary cielesne – mimo obowiązującego od 2010 zakazu ich stosowania oraz powszechnej wiedzy o ich nieskuteczności i szkodliwości – wciąż są bagatelizowane przez społeczeństwo, stosowane przez rodziców i zalecane przez autorów książek o charakterze poradnikowym. Według najnowszych badań przeprowadzonych w maju 2012 roku przez CBOS aż 73% Polaków popiera stosowanie klapsów, a na półkach polskich księgarni można znaleźć co najmniej cztery poradniki, których autorzy zalecają bicie dzieci w imię Boga i miłości, w celu wychowywania do posłuszeństwa, przestrzegania zasad i norm oraz wpajania ponadczasowych i ponadreligijnych wartości – z dobrem i prawdą na czele. Wśród tych poradników nie ma już książki Sławińskiego (jest dostępna tylko w bibliotekach, antykwariatach i serwisach aukcyjnych), ale jego poglądy wciąż są podzielane przez wielu rodziców i propagowane przez polityków takich jak John Godson, który w wywiadzie dla „Frondy” żartował z klapsów wymierzanych kapciem i usprawiedliwiał to zachowanie boskimi nakazami.

 

Wbić dobro do serca

Nie wszyscy zwolennicy kar cielesnych usprawiedliwiają przemoc wobec dzieci nakazami samego Boga, cytując kilka biblijnych wersetów o rózdze (np. „Nie kocha syna, kto rózgi żałuje”). Wszystkich jednak łączy przekonanie, że kara, również (lub zwłaszcza) cielesna, jest koniecznym elementem nauki odróżniania dobra od zła, przestrzegania zasad, respektowania autorytetów i władzy oraz kształtowania osobowości i systemu moralnego młodego człowieka.

„Jeżeli pragniemy, aby dzieci były dobre, grzeczne i wdzięczne, tych cech musimy je nauczyć – a nie jedynie spodziewać się ich. Jeżeli chcemy widzieć w nich szczerość, prawdomówność i bezinteresowność, to cechy te powinny być świadomymi celami już u początku procesu wychowawczego. Jeżeli ważne jest wychowywanie pełnych szacunku i odpowiedzialnych młodych obywateli, to powinniśmy podjąć decyzję ukształtowania ich w ten sposób” – czytamy w poradniku Uparte dziecko Jamesa Dobsona (Alfa-Omega, Warszawa 1992), jednego z najbardziej znanych propagatorów kar cielesnych, który zaleca używanie pasa (lub cienkiego kijka, ręki zaś rzadko, gdyż powinna ona służyć o okazywania czułości) nie tylko w sytuacji jawnego buntu i sprzeciwienia się władzy rodziców – czyli nie tylko w ramach kary za nieposłuszeństwo – ale również w celu kształtowania postaw i osobowości dziecka poprzez wpajanie mu takich wartości jak „uczciwość, szacunek, dobroć, miłość, godność ludzka, posłuszeństwo, odpowiedzialność”. Za pomocą pasa.

Jak według Dobsona powinna wyglądać nauka tych najważniejszych „elementów judeochrześcijańskiej etyki”? Na pierwszym miejscu jest oczywiście przykład rodziców: „Nic nie zastąpi rodzicielskiego przykładu postaw, których chcemy nauczyć. [...] Nasze dzieci śledzą nas dokładnie i instynktownie naśladują nasze zachowanie. Dlatego nie możemy oczekiwać, że będą uprzejme i ofiarne, jeżeli my jesteśmy ciągle opryskliwi, egoistyczni”. Sam przykład jednak niekiedy nie wystarcza i jeśli dziecko jest „dokuczliwe, narzekające, unieszczęśliwiające siebie i resztę rodziny”, „sprawia kłopoty”, „krytykuje wysiłki wszystkich”, „skarży się na wszystko” (np. „pastę do zębów albo szczypiorek”), „miewa złe humory”, to wszystkie te cechy należy naprawić, wprowadzając specjalny długoterminowy system kształtowania postaw.

Choć sam Dobson przyznaje, że „postawy to abstrakcje, nie w pełni zrozumiałe dla sześcio- czy siedmiolatka”, zaleca sporządzenie „Tabeli postaw” dla dzieci w tym wieku. W tabeli należy codziennie zapisywać pożądane i niechciane zachowania dziecka i oceniać je za pomocą punktów. Każdego wieczora rodzic powinien podliczać uzyskane w ciągu całego dnia punkty i w zależności od uzyskanej sumy – nagrodzić lub ukarać dziecko. Wśród proponowanych przez Dobsona nagród jest rodzinna zabawa, jeśli natomiast chodzi o kary, autor sugeruje odseparowanie dziecka na jedną godzinę od reszty rodziny oraz jedno lub dwa uderzenia pasem. Jeśli więc „postawa” kilkuletniego dziecka nie spełnia oczekiwań rodziców, będzie ono bite codziennie. Co wieczór, przed pójściem spać, sześcio-, siedmio- lub ośmioletnie dziecko (według Dobsona tabela ma znajdować zastosowanie u dzieci w tym wieku) będzie bite pasem w celu ukształtowania jego postawy i wpojenia mu wartości etycznych.

Przekonanie, że dziecko rodzi się przepełnione złem, które wygnać z jego serca może tylko „rózga karności”, w dawnych czasach było powszechne. Gdy ludzie nie znali innych metod wychowawczych ani zgubnych skutków stosowania kar cielesnych, wypędzanie diabła przy użyciu rózgi, pasa albo kija było zjawiskiem normalnym i z dzisiejszego punktu widzenia w pewnym sensie zrozumiałym. Obecnie jednak „sięganie do kar cielesnych jako środka wychowawczego można metaforycznie porównać do używania młotka przy naprawie naszpikowanego elektroniką nowoczesnego samochodu”, jak obrazowo opisał dr hab. Wiktor Żłobicki w liście do „Tygodnika Powszechnego” (1 kwietnia 2012, nr 14).

 

Rozwój sumienia

A jednak ten metaforyczny „młotek” nie odszedł jeszcze do lamusa i wciąż wielu rodziców stosuje kary cielesne nie tylko w wyniku własnej bezradności, niewiedzy i nieświadomego powielania wzorców wychowawczych, lecz także – jako element przemyślanego systemu wychowawczego nastawionego na posłuszeństwo. Propagowane przez Dobsona czy Sławińskiego wychowywanie w miłości i dyscyplinie reprezentowanej m.in. przez rózgę jest przeciwstawiane wychowywaniu bezstresowemu (czyli właściwie: brakowi wychowywania, troski i zainteresowania) – choć między nimi znajduje się jeszcze wiele pośrednich metod wychowawczych – i ukazywane jako jedyna droga do wychowania porządnego człowieka, potrafiącego odróżniać dobro od zła, respektującego autorytet władzy (najpierw rodzicielskiej, a następnie – państwowej), przestrzegającego prawa i norm moralnych.

W myśl takich teorii kara cielesna jest „aktem miłości” (jak pieszczotliwie nazywa lanie pasem James Dobson), którego każde dziecko potrzebuje do prawidłowego rozwoju, zwłaszcza moralnego. „Dobrze wyważony klaps ma przy tym tę właściwość, że powoduje przynajmniej częściowe rozładowanie napięcia związanego między innymi z poczuciem winy, którego utrzymywanie się, zwłaszcza przez dłuższy czas, nie jest dla dziecka korzystne” – przekonuje w swoim poradniku Sławiński, a z dzieł Dobsona można dowiedzieć się, że „dziecko, które wie, że zasługuje na lanie, doświadcza niemalże uczucia ulgi, gdy ono w końcu przyjdzie”. Warto przyjrzeć się bliżej powyższej tezie i przeanalizować rzeczywisty wpływ kar cielesnych na rozwój moralny człowieka.

Zarówno Sławiński, jak i Dobson przekonują, że kara cielesna likwiduje poczucie winy, oczyszcza atmosferę i przynosi ulgę, ale jednocześnie zalecają stosowanie takiej kary – zwłaszcza u małych dzieci – natychmiast po przewinieniu. Kiedy więc mają pojawić się wyrzuty sumienia z powodu wyrządzonego przez dziecko „zła”? Ponadto Sławiński – jako twórca koncepcji „kanału komunikacyjnego poprzez ciało”, w myśl której kara cielesna nie jest nawet karą (sic!), lecz „specjalnego rodzaju formą porozumiewania się z dzieckiem”, przykrym lub przyjemnym wzmocnieniem przekazywanego komunikatu, który ma dzięki temu „większą szansę dotrzeć do odbiorcy” – podkreśla, że dziecko „nie rozumie” swojego postępowania i właśnie dlatego należy przemówić do niego „poprzez ciało”. Jak więc taka nic nie rozumiejąca istota miałaby odczuwać wyrzuty sumienia? (Co ciekawe, Sławiński nie zaleca rezygnacji z kar cielesnych, gdy dziecko zaczyna rozumieć, lecz rozciąga okres „komunikowania” się z dzieckiem za pomocą bicia na niemal całe dzieciństwo, ostateczną granicę stawiając – podobnie jak Dobson – dopiero na początku okresu dojrzewania).

U starszych dzieci natomiast kara cielesna pomaga pozbyć się nie tylko wyrzutów sumienia, ale też odpowiedzialności za popełnione czyny oraz możliwości zastanowienia się nad nimi. „Krzyk lub bicie zdejmuje z dziecka odpowiedzialność za jego błąd. Czuje, że jest rozgrzeszone – poniosło karę i może robić dalej, co chce. Spokojna rozmowa uruchamia sumienie, poczucie odpowiedzialności, myślenie” – mówiła dr Anna Piekarska w wywiadzie dla „Polityki” (30 maja 2012, nr 22).

Karanie fizyczne dzieci bez względu na wiek może ponadto sprawić, że kara stanie się swego rodzaju „walutą”, po której spłacie można kontynuować wykonywanie czynności, które są „warte” klapsa czy lania. Anna Dembińska w artykule Pójdę sobie i będziecie żałować przytacza przykłady „znajomej, która próbowała oduczyć córeczkę rzucania zabawkami. Za każde rzucenie dziewczynka dostawała lekko po łapce. Nadal rzuca zabawkami, tylko teraz po każdym rzuceniu przybiega do mamy po obowiązkowe pacnięcie w rączkę” oraz „pana, który jako dziecko często dobrowolnie kładł się na kanapie i wypinał pupę, by oberwać za wyjadanie dżemu. Do dziś uważa, że ów dżem po prostu był tego wart. Ten przykład tylko z pozoru jest zabawny – gdzieś w głębi czai się głęboka rodzicielska kompromitacja” („W drodze” 2012, nr 6).

Najważniejszym jednak niepożądanym skutkiem kar cielesnych są problemy w prawidłowym rozwoju sumienia dziecka. Wbrew temu, co mówią Dobson, Sławiński i inni propagatorzy bicia dzieci w imię wyższej idei (Boga), kara, zwłaszcza cielesna, nie tylko nie pomaga w rozwoju sumienia, ale wręcz przeciwnie: przeszkadza. Ukarane dziecko czuje się rozgrzeszone; uważa, że zapłaciło za swoje przewinienie; nie ma szansy przyjrzenia się sobie i przemyślenia własnego postępowania – bo i po co, skoro już po wszystkim? Na ten aspekt stosowania kar cielesnych zwróciła uwagę dr Anna Błasiak pisząc w artykule Bić czy nie bić?, że fizyczne karcenie dziecka: „likwiduje u niego poczucie winy na zasadzie, że uznaje ono, iż zapłaciło w ten sposób za swoje niewłaściwe zachowanie, czuje się swobodnie, więc ten czyn powtarza, by potem znowu go «spłacić» poprzez przyjęcie klapsa” („Posłaniec” 2008, nr 8).

 

Czy klaps jest grzechem?

Jak więc zachowanie, które przynosi same szkody, a żadnych, zwłaszcza długofalowych, korzyści, może być uznawane za dobre, słuszne i potrzebne w wychowywaniu dzieci? Jak przemoc – sama w sobie przecież bezdyskusyjnie zła – może być uznawana za dobrą metodę kształtowania moralności u dzieci? Coraz więcej osób zadaje te pytania i szuka odpowiedzi nie tylko we własnym sercu, umyśle i sumieniu, ale też – u osób duchownych, teologów, filozofów i etyków, których zdania niestety wciąż są podzielone.

„W przypadku karcenia dzieci mamy do czynienia przede wszystkim z oceną intencji. Jeżeli rodzicem kieruje chęć wychowania dobrego człowieka i chrześcijanina, czyn zwrócenia uwagi dziecku, a nawet danie «klapsa» nie będzie traktowane jako grzech” – wyjaśnia na stronie biblista.pl Bartłomiej Sokal, doktorant w Instytucie Nauk Biblijnych KUL-u. Przekonanie, że klaps nie jest grzechem, lecz dobrą i skuteczną metodą wychowawczą, jeśli wymierza go ze spokojem i w dobrej wierze kochający rodzic, jest podzielane również przez wielu duchownych.

Coraz częściej jednak w środowiskach chrześcijańskich odzywają się głosy osób podzielających zdanie ks. Pascuala Cháveza. Coraz więcej osób dostrzega konieczność ochrony dzieci przed wszystkimi formami przemocy bez względu na intencje stosujących tę przemoc. Jednym z powodów stopniowej i powolnej, lecz zauważalnej zmiany świadomości społecznej są względy etyczne (a nie jedynie pragmatyczne, wynikające z wiedzy o nieskuteczności kar cielesnych) – coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać absurd przekonania, że zachowania złe, a co najmniej: niejednoznaczne moralnie, do jakich niewątpliwie zalicza się stosowanie przemocy w wychowywaniu dzieci, mogą przynieść dobre skutki.

„Bóg wie, że człowiek do dobra skierować się może tylko jako wolny, gdy to dobro będzie widział, a nie, gdy będzie do jego przyjęcia zmuszony. W takiej sytuacji porzuci je przy pierwszej okazji. A że tak się właśnie dzieje, widzimy na co dzień wokoło siebie” – uważa ks. Piotr Kieniewicz („Tygodnik Powszechny” 2012, nr 30). Wystarczy się rozejrzeć, by przyznać mu rację…

 

Anna Golus

FacebookTwitterBlipGoogle+WykopTumblrPrintEmailPodziel się